Dlaczego wystąpienie Zandberga było bardzo dobre w 5 punktach

zandberg_sejm

W zgodnej opinii komentatorów podczas sejmowej debaty nad expose premiera najlepiej wypadł Adrian Zandberg. Lider Lewicy nie tylko sprawnie przemawiał, ale również wyznaczył linię politycznego sporu, który dla rządu PiS będzie bardzo niewygodny.

Oto czynniki, które złożyły na sukces polityka partii Razem.

1. Wyznaczenie nowego pola rywalizacji z rządem.

Zandberg uderzył w PiS w obszarze polityki gospodarczej i społecznej. Niemal całe jego  wystąpienie było poświęcone rozdźwiękowi pomiędzy deklaracjami premiera i jego podwładnych a rzeczywistością. Lider lewicy uderzył więc w najsilniejszą stronę PiS, bo przecież transfery socjalne i stabilna sytuacja gospodarcza to te czynniki, które decydują o wysokim poparciu dla rządzącej formacji. A w polityce nie ma nic skuteczniejszego niż zaatakowanie oponenta w jego najmocniejszy atut i obnażenie rozjazdu pomiędzy propagandą a prawdziwymi skutkami realizowanej polityki. Pisałem o tym latem na łamach „Rzeczpospolitej”.

Otworzenie przez lewicę nowego frontu sporu z PiS nie tylko jest kłopotliwa dla rządzącej partii, ale również stanowić będzie problem dla PO-KO, której ćwiczony przez ostatnie cztery lata przekaz „antyPiS” nie dał zwycięstwa wyborczego, ale utrzymywał bipolaryzację na scenie partyjnej. Wystąpienie Zandberga może być początkiem erozji tej polaryzacji.

2. Expose lewicy.

Polityk Razem nie tylko punktował rząd Morawieckiego, ale również zarysował ideowy i programowy plan lewicy, wskazując również konkretne projekty ustaw, które z inicjatywy lewicy trafią do laski marszałkowskiej. Lewicowa opozycja powinna tę strategię kontynuować z mównicy sejmowej przez całą kadencję. Warto, by jej przedstawicielki i przedstawiciele pamiętali, że adresatem ich przekazu są przede wszystkim obecni i potencjalni wyborcy.

A’propos wyborców. W przemówieniu Adriana Zandberga uwagę musiało zwrócić nakreślenie dychotomii pracownicy i mali przedsiębiorcy vs korporacje. To logiczny zabieg ze względu na to, że drobny biznes stanowił całkiem liczną grupę w elektoracie lewicy. I, oczywiście, można bronić poglądu, że w realiach globalizacji small business ma sprzeczne interesy niż ponadnarodowy kapitał. (Oczywiście, było też o PIP i o związkach zawodowych).

3.  Struktura komunikatu.

Zandberg zastosował wzorcowe zabiegi komunikacyjne. Przede wszystkim wziął na warsztat pojęcie „państwa dobrobytu” tak chętnie używanego przez Morawieckiego i nadał mu własną definicję. I odebrał PiS prawo do posługiwania się tym terminem, wskazując liczne sprzeczności między polityką rządu a zdefiniowanym przez polityka lewicy ideałem welfare state. Przejmowanie pojęć ze słownika oponenta i wypełnianie go własną treścią to komunikacyjny elementarz.

4. Forma komunikatu.

Wystąpienie przedstawiciela Klubu Parlamentarnego Lewicy było wyartykułowane przystępnym językiem. Liczne powtórzenia wzmacniały przekaz i czyniły przemówienie dynamicznym. Bardzo ważne były odwołania do moralności przy ocenie zaniechań PiS w polityce gospodarczej i społecznej. Problemem środowisk lewicowych (nie tylko w Polsce) było odwoływanie się w komunikacie politycznym przede wszystkim do tzw. racjonalnych argumentów, często podpartych danymi, liczbami etc. Opierało się to na przekonaniu o sile racjonalnej argumentacji. Tymczasem bez wzmocnienia jej o nawiązanie do wartości moralnych, a w konsekwencji do emocji, komunikat jest mało skuteczny.

5. Słabość politycznej konkurencji.

Tego wątku nie trzeba rozwijać.

 

Sejmowa debata nad expose premiera Morawieckiego przyniosła więc wizerunkowe korzyści lewicy i samemu Adrianowi Zandbergowi.

MICHAŁ SYSKA

@M_Syska

 

 

Zwykły wpis

Radykalna prawica w Hiszpanii: Jesteśmy skrajną potrzebą!

Założona w 2013 roku skrajnie prawicowa partia VOX w niedzielnych wyborach podwoiła swój stan posiadania. W kwietniu uzyskała 24 miejsca w hiszpańskim parlamencie. W listopadowej, przyspieszonej elekcji zdobyła 52 mandaty.

vox

Powstała w wyniku rozłamu w centroprawicowej Partii Ludowej formacja zdecydowanie unika etykietki „radykałów” czy „ekstremistów”. Jej liderzy deklarują, że VOX nie jest partią skrajną, lecz „partią skrajnej potrzeby”. Ta często powtarzana fraza stała się mottem polityków tego ugrupowania.

Dr Carmen Aguilera-Carnerero zauważa, że przywódcy VOX sprawnie posługują się metaforami, a ich komunikacja jest spójna pod względem formy i treści. Badaczka z Uniwersytetu w Granadzie zwraca też uwagę, że przekaz tej partii oparty jest na dwóch elementach: polityce strachu oraz obronie przed zagrożeniami. W roli obrońcy w dokumentach programowych VOX występuje państwo przedstawiane za pomocą metafory ojca. W programowym manifeście kluczowe słowa to: Hiszpania, narodowy, państwo oraz prawo.

Celem jest ukształtowanie Hiszpanii jako kraju spojonego wspólnymi symbolami (flaga, hymn, monarchia), językiem (hiszpańskim) oraz jednolitością myśli, przekonań i gustów obywateli. Obok jednolitego państwa gwarantem bezpieczeństwa ma być rodzina: przede wszystkim wielodzietna oraz „naturalna” (wykluczająca związki jednopłciowe). Postulat ochrony życia „od poczęcia” do „naturalnej śmierci” oznacza zakaz przerywania ciąży oraz eutanazji.

Kluczowym elementem przekazu VOX jest kwestia bezpieczeństwa. Państwo – ojciec ma chronić obywateli przed zagrożeniami, wśród których znajdują się islamscy terroryści i imigranci.

Jak konstatuje dr Aguilera-Carnerero, ideologia VOX:

„opiera się na idei strachu (na to, co mamy / możemy mieć) oraz na uzupełniającym (i koniecznym) pojęciu obrony (co oferuje państwo). Zgodnie z tym populistycznym dyskursem VOX proponuje alternatywę opartą na pakiecie stabilności przedstawionym narodowi, w którym wszelkie potencjalne pęknięcia są kontrolowane przez silny rząd centralny, ale w których każdą różnicę uważa się za potencjalne zagrożenie, które należy wyeliminować”.

MICHAŁ SYSKA

@M_Syska

http://www.syska.pl

 

Zwykły wpis

Jak posklejać elektoraty lewicy? Wyzwanie także polskie

 

Partie socjaldemokratyczne tracą status ruchów politycznych skupiających różne grupy społeczne. Dziś ich wyborcy odpływają w różnych kierunkach: robotnicy do prawicowych populistów, wielkomiejska klasa średnia do ugrupowań ekologicznych i liberalnych.

wien_1maja

 

Lewica wróciła do Sejmu po czteroletniej banicji nie tylko w odmienionym składzie, ale także z nowym elektoratem. Dzięki umiarkowanemu i ogólnemu przekazowi pod wspólnym parasolem zmieściły się elektoraty wszystkich trzech współtworzących komitet wyborczy formacji. Znaleźli się tam tzw. postkomunistyczni wyborcy, których więź z SLD definiowana jest stosunkiem do przeszłości. Dołączyli do nich zwolennicy postulatów feministycznych, antyklerykalnych i LGBT sympatyzujący z Wiosną oraz lewicowi inteligenci utożsamiający się z Razem. Lewica zyskała sporo zwolenników w największych miastach, w których SLD zawsze w III RP osiągał wyniki poniżej swojej krajowej średniej. Znaczącą grupę w jej elektoracie stanowiły osoby, które cztery lata temu poparły Nowoczesną i PO.

Wyborcy lewicowego bloku znacząco odbiegają od klasycznego elektoratu historycznych partii socjaldemokratycznych, których bastionem były skupiska pracowników przemysłu. Tylko ok. 7 proc. robotników zaufało tercetowi Zandberg – Czarzasty – Biedroń, podczas gdy na PiS oddało swoje głosy niemal 60 proc. tej części społeczeństwa. Lewica zyskała natomiast ponadprzeciętne poparcie wśród dyrektorów i specjalistów (prawie 16 proc.) oraz całkiem wysokie wśród przedsiębiorców (ok. 12 proc.). Gdy weźmiemy pod uwagę wykształcenie głosujących, to im ono wyższe, tym wyższe poparcie dla Lewicy.

Dziś to Prawo i Sprawiedliwość jawi się w oczach gorzej sytuowanych mieszkańców średnich i mniejszych miast jako gwarant poprawy ich sytuacji materialnej i stabilizacji życiowej. Czy zatem elektorat polskiej Lewicy jest jakimś ewenementem na skalę międzynarodową? Nie. Odzwierciedla problemy, z jakimi mierzy się socjaldemokracja w całej Europie.

Prawicowy populizm łowi lewicowych wyborców

Jean-Marie Le Pen zaczynał swoją polityczną aktywność w latach 50. ubiegłego stulecia w antypodatkowym ruchu francuskiego księgarza Pierre’a Poujade’a. Założony w 1972 r. Front Narodowy połączył jego postulaty ze sprzeciwem wobec dekolonizacji oraz z silną retoryką antykomunistyczną. Austriacka Partia Wolności powstawała na bazie nacjonalizmu i neoliberalizmu. Szwajcarska Partia Ludowa, Duńska Partia Ludowa czy norweska Partia Postępu były w swych początkach ruchami sprzeciwu wobec podatków dochodowych. Zachodnioeuropejskie partie prawicowo-populistyczne były formacjami klasy średniej, drobnej burżuazji, małego biznesu, urzędników i rolników. Największe poparcie uzyskiwały na prowincji, w słabiej uprzemysłowionych regionach, w mniejszych i średnich miastach. Wymierzona w podstawy państwa dobrobytu agenda polityczna nie pozwalała na przekroczenie kilkuprocentowego poziomu popularności wśród wyborców.

Wszystko zmieniło się w ostatnich dwóch dekadach, gdy populiści opowiedzieli się przeciwko imigracji i globalizacji. W tym samym czasie partie socjaldemokratyczne zaadoptowały pod hasłem „Nowej Trzeciej Drogi” rynkowe dogmaty i pogodziły się z logiką neoliberalnej globalizacji. W regionach Europy Zachodniej dotkniętych deindustrializacją robotnicy – stanowiący do tej pory bastion socjaldemokratów lub komunistów – zaczęli popierać populistów,  którzy z libertariańskich niemal pogromców wysokich podatków i rozbudowanej polityki społecznej przemienili się – przynajmniej deklaratywnie – w obrońców państwa opiekuńczego.

norwegia_partia_postępu

(plakat norweskiej Partii Postępu)

W 1986 roku tylko 10 proc. elektoratu austriackiej Partii Wolności stanowili robotnicy, trzynaście lat później była to już jego połowa. Partia Postępu zdobywa najwięcej głosów niewykwalifikowanych robotników pośród wszystkich sił politycznych w Norwegii.

W 1995 r. jedną trzecią głosujących w wyborach prezydenckich na Le Pena stanowili dawni wyborcy socjalisty François Mitteranda (elektorat ten doczekał się nawet swojej nazwy: gaucho-lepénisme lub ouvriéro-lepénisme). Tę zmianę preferencji politycznych opisał na przykładzie własnej rodziny socjolog i filozof Didier Eribon. W książce pt. „Powrót do Reims” wskazuje, że o głosowaniu na lewicę (w tym przypadku prężną w przeszłości Francuską Partię Komunistyczną) decydowała klasowa tożsamość robotników. Gdy wraz z globalizacją, deindustrializacją i programową degrengoladą lewicowych ugrupowań zaczęła ona słabnąć, na arenę wkroczyła skrajna prawica z własną, nacjonalistyczną ofertą tożsamościową.

Paul Mason, brytyjski dziennikarz i autor książki pt. „Postcapitalism. A Guide for Our Future”, również zwraca na kwestię tożsamości w kontekście odpływu robotniczych głosów do skrajnej prawicy:

„W Wielkiej Brytanii neoliberalizm doszczętnie rozbił samoorganizację ludzi pracy, rozsadził społeczności, pozrywał więzi między ludźmi. Została im religia, przynależność etniczna i resztki małomiasteczkowej tożsamości. Na tym tle wyrósł Brexit i ksenofobiczna, rasistowska i nacjonalistyczna partia UKIP”.

   Nowe podziały

Opisane tutaj transformacje partii politycznych i przepływy elektoratów stanowią egzemplifikację zmiany podstawowych podziałów socjopolitycznych w państwach Zachodu. Rywalizacja prawica vs lewica, zogniskowana wokół kwestii podziału dóbr i roli państwa w gospodarce, jest wypierana przez kulturowy podział na kosmopolitycznych, otwartych na zmiany i indywidualistycznych liberałów zamieszkujących duże ośrodki miejskie oraz komunitarystów oczekujących państwowego protekcjonalizmu.

David Goodhardt w głośnej książce pt. „The Road to Somewhere. The New Tribes Shaping British Politics” pisze o podziale na Anywheres i Somewheres. Ci pierwsi wyjechali z rodzinnych stron na dobre uniwersytety i po zdobyciu wykształcenia robią profesjonalne kariery w Londynie lub za granicą. Są liberalnie zorientowani, otwarci i dobrze sytuowani. Autonomię i samorealizacje stawiają ponad wspólnotę i tradycję. Głosują na labourzystów, liberałów lub zielonych. Z kolei Somewheres nie legitymują się wyższym wykształceniem, żyją w mniejszych miastach, cenią wartości rodzinne, stabilizację, bezpieczeństwo i przynależność do wspólnoty. Głosują na konserwatystów lub antyeuropejską UKIP (część z nich to dawni wyborcy Partii Pracy). I czują, że liberalne i kosmopolityczne wartości są im narzucane przez elity władzy, gospodarki, kultury i mediów, w których Anywheres są nadreprezentowani. Lider labourzystów Jeremy Corbyn próbuje zbudować pomost pomiędzy obu tymi grupami. Dzięki wyraziście lewicowej agendzie programowej w sprawach społecznych i gospodarczych udało mu się w wyborach parlamentarnych w 2017 r. zdobyć głosy młodych wyborców z grupy Anywheres oraz odzyskać sporo wyborców z klasy robotniczej (Somewheres), którzy wcześniej odpłynęli do UKIP. Wciąż jednak blue-collar-workers nie stanowią tak znaczącej grupy w elektoracie Partii Pracy, jak było to jeszcze w latach 90. ub. wieku.

Kwestią problematyczną dla ugrupowań socjaldemokratycznych w Europie Zachodniej jest imigracja. Część ich bazy wyborczej obawia się dumpingu płacowego za sprawą napływu taniej siły roboczej zza granicy. Ponadto jednym ze źródeł legitymizacji państw opiekuńczych było poczucie wspólnoty opartej na wspólnych wartościach, w której łatwiej o solidarnościowe postawy. Brak skutecznej integracji imigrantów w zachodnich społeczeństwach tworzy sytuację, w której trudniej jest o akceptację dla objęcia świadczeniami osób nie podzielających wspólnych wartości.

Przykładem reakcji na te zjawiska jest strategia duńskiej socjaldemokracji, której młoda liderka Mette Frederiksen w tegorocznej kampanii wyborczej zaprezentowała restrykcyjny program imigracyjny. Pozwoliło to odzyskać liczną grupę głosujących, którzy w ostatnich latach przerzucili swoje sympatie na populistów z Duńskiej Partii Ludowej. Z drugiej jednak strony socjaldemokraci stracili część wyborców na rzecz bardziej otwartych na imigrację, mniejszych ugrupowań lewicowych.

Mette

(Mette Frederiksen)

Bardziej restrykcyjne podejście do imigracji miało być podstawą nowej partii lewicy za naszą zachodnią granicą. Grupa aktywistów i intelektualistów pod wodzą Sahry Wagenknecht, liderki powstałej na bazie postkomunistycznej PDS i rozłamowców z SPD Die Linke, próbowała założyć w zeszłym roku nową formację pod nazwą Aufstehen. Jej celem miało być odebranie wyborców skrajnie prawicowej Alternatywie dla Niemiec, która z neoliberalnego ruchu sprzeciwu wobec waluty euro przekształciła się w antyimigrancką partię łowiącą również głosy robotników. Na razie jednak na zapowiedziach się skończyło.

Język polskiej lewicy

Przy wszystkich różnicach pomiędzy politycznymi realiami Polski i krajów Europy Zachodniej (np. imigracja nie stanowi u nas centralnego problemu w debacie publicznej) natura opisanego powyżej podziału społecznego jest w naszym kraju podobna, a linia demarkacyjna przebiega pomiędzy PiS a partiami liberalnymi i lewicowymi. Czy jest szansa na jej przekroczenie? Czy Lewica może skutecznie bić się z partią Jarosława Kaczyńskiego o mniej wykształconych i gorzej sytuowanych wyborców?

Wielu zwolenników twierdzącej odpowiedzi na to pytanie sufluje, by lewica pominęła w swej agendzie politycznej kwestie praw kobiet, mniejszości seksualnych czy rozdziału państwa od Kościoła. Miałoby to ułatwić dotarcie do wspomnianych grup wyborców, którzy rzekomo charakteryzują się społecznym konserwatyzmem i religijnym tradycjonalizmem.

Problem lewicy jednak nie tkwi w selekcji punktów programowych, lecz przede wszystkim w sposobie ich komunikowania.

Goodhardt wskazuje, że brytyjscy Somewheres (zwłaszcza młodsi) akceptują równościowe postulaty, ale jednocześnie są przywiązani do wartości rodzinnych i niechętni nagłym zmianom w ustrukturyzowanym świecie. Podobnie jest w naszym kraju o długiej tradycji tzw. ludowego antyklerykalizmu, gdzie wyborcy z klasy pracującej nie tylko nie odrzucają praw kobiet czy osób tej samej płci, ale część (młodsza) z nich żyje w związkach nieformalnych. Wśród tej grupy silnie zakorzeniona jest też etyka troski. W swej niechęci do nagłych zmian stylu życia są podobni do Somewheres.

Gdy jednak owi wyborcy słyszą głosy części feministek, że „aborcja jest ok!” (hasło z koszulek noszonych przez celebrytki) i jest to po prostu zabieg medyczny podobny do usunięcia zęba, to zamykają się na jakąkolwiek argumentację strony lewicowej w sprawie prawa do świadomego macierzyństwa, uznając ją jako niezgodną z ich systemem moralnym. Pozostają za to podatni na prawicową kontrnarrację o „ideologii gender” zagrażającej rzekomo wartościom rodzinnym. Lewica powinna więc wystrzegać się retoryki używanej przez bliskie jej środowiska aktywistyczne i formułować komunikat o przerywaniu ciąży w oparciu o kwestię troski o zdrowie i bezpieczeństwo naszych sióstr, córek i wnuczek, byłaby skuteczniejsza w przekonywaniu, bo odwoływałaby się do wartości klasy ludowej (troska o rodzinę).

Podobnie rzecz ma się z prawami mniejszości seksualnych. PiS podsuwa swym wyborcom opowieść o „ideologii LGBT” zagrażającej rzekomo ich dotychczasowemu stylowi życia, a marsze równości przedstawia jako manifestację zawłaszczania przez tę „ideologię” kolejnych przestrzeni życia publicznego. W takiej kulturowej walce na symbole lewica ma bardzo ograniczone możliwości poszerzenia swojej społecznej bazy. Powinna zatem mówić o równouprawnieniu osób LGBT językiem wartości rodzinnych, wskazując, że cywilne związki par jednopłciowych to właśnie owych wartości pełna realizacja. W debacie publicznej lewica swój projekt ustawy o związkach partnerskich może np. przedstawiać pod nazwą „Pakt dla Rodziny”. W sprawie praw kobiet i osób LGBT chodzi o to, by wyborcy z klas ludowych mogli dostrzec zbieżność pomiędzy postulatami lewicy a własnymi wartościami moralnymi. Inaczej potraktują lewicową agendę jako próbę narzucenia przez elitę obcej kultury.

Również najbardziej paląca dziś kwestia, czyli zmiany klimatyczne, wymaga skutecznej strategii komunikacyjnej ze strony środowisk postępowych. W sprawach polityki klimatycznej prawicowi populiści – w tym PiS – kreują swój wizerunek jako obrońców krajowych interesów gospodarczych, interesów „zwykłych ludzi” oraz narodowej suwerenności. Kwestia ochrony środowiska może być więc kolejnym czynnikiem wzmacniającym opisany powyżej podział na liberalnych i kosmopolitycznych modernizatorów oraz przegranych globalizacji.

Dlatego lewica w swej narracji musi podkreślać, że istotą polityki klimatycznej jest sprawiedliwa transformacja energetyczna: łącząca zmiany technologiczne i gospodarcze z zasadą inkluzji i sprawiedliwości społecznej. W tej opowieści negatywnymi bohaterami powinny być biznesowe lobby, które blokują konieczne reformy, a nie pracownicy (np. górnicy) energochłonnych i trujących sektorów gospodarki. W skrócie: odpowiedzialna lewica nie mówi „zamkniemy kopalnie”; odpowiedzialna lewica mówi „stworzymy dobrze płatne i bezpieczne miejsca pracy w nowych, zielonych gałęziach gospodarki tworzącej  dobrobyt dla wszystkich”.

Lewicowa wspólnota

Mark Lilla w głośnym eseju pt. „Koniec liberalizmu, jaki znamy” wskazuje, że amerykańska lewica w przeszłości (New Deal Roosevelta) była w stanie wygrywać wybory, posiadać stabilną większość, budować instytucje i zmieniać społeczeństwo, ponieważ swój apel wyborczy adresowała do szerokiej wspólnoty, odwoływała się w nim do poczucia więzi obywatelskich i politycznego narodu. Źródeł słabości Partii Demokratycznej w ostatnich dekadach profesor Uniwersytetu Columbia upatruje w tym, że stała się ona zlepkiem ruchów na rzecz konkretnych grup (mniejszości etnicznych czy seksualnych, kobiet itp.). Kwestie tożsamościowe zastąpiły wielką wizję przyszłości, w której nadzieję na lepsze życie widziałaby większość społeczeństwa.

Franklin-D.-Roosevelt-Colorful-Poster

Polityka tożsamości jest ekspresją, ale nie jest perswazją: nie przekonuje nowych zwolenników i nie pozwala wygrywać wyborów. Lilla, powołując się na kazus brutalności amerykańskiej policji wobec Afroamerykanów, pisze, że nie jest i nigdy nie będzie czarnoskórym kierowcą, więc potrzebuje „jakiegoś klucza do utożsamienia się z nim”, jeśli doświadczenia tego kierowcy mają go jakkolwiek dotykać. Taki klucz widzi w zakorzenionej w amerykańskiej tradycji idei obywatelstwa. I dodaje, że im bardziej będą podkreślane różnice tożsamościowe między nim a przykładowym kierowcą, tym mniej prawdopodobne, że złe traktowanie Afroamerykanina wywoła oburzenie u białego naukowca. Brak poczucia wspólnoty losu powoduje rozbicie elektoratu, przegrane wybory i  w konsekwencji kontynuację rasistowskich poczynań służb. Polityka tożsamości -poza dawaniem świadectwa – nie przynosi żadnej realnej zmiany.

W Polsce, gdzie pokusa uprawiania polityki tożsamości wśród postępowców jest silna, takim kluczem – analogicznym do amerykańskiej idei obywatelstwa –  mogłoby być zredefiniowane przez lewicę pojęcie narodu, które z przyczyn historycznych stanowi centralne pojęcie w społeczno-politycznym słowniku. Narracja oparta na utożsamieniu narodu z postępowymi wartościami (otwartością, tolerancją, równością, solidarnością i sprawiedliwością społeczną) mogłaby by być pomostem łączącym różne grupy wyborców. W dodatku byłaby ona zakorzeniona w realnych odniesieniach historycznych (Tadeusz Kościuszko, insurekcyjne tradycje lewicy, Rewolucja 1905 r., Stefan Okrzeja i Józef Mirecki-Montwiłł, prawa wyborcze kobiet i mniejszości narodowych z 1919 r., Maria Kelles-Krauz jako pierwsza kobieta w Europie na czele rady miejskiej itp.). Co ważne, tego typu opowieść pozwoliłaby odczuwać przez dużą część społeczeństwa dumę z dziejów swego kraju, co dziś jest jednym z głównych źródeł atrakcyjności prawicowej polityki historycznej.

Przed wyborami pracownia Kantar przeprowadziła dla „Gazety Wyborczej” badanie elektoratów, z którego wynikało, że osoby liczące na poprawę sytuacji materialnej swojej i swojej rodziny w związku z głosowaniem na daną partię stanowiły większość bazy wyborczej PiS (38 proc.) oraz najmniej liczną grupę wśród wyborców Lewicy (12 proc.). Wyzwaniem na najbliższe cztery lata dla postępowych liderek i liderów jest odwrócenie tego trendu i budowa szerokiego poparcia dla prospołecznej agendy. Czy w parlamentarnej (i pozaparlamentarnej) reprezentacji środowisk lewicowych są polityczki i politycy zdolni do komunikowania politycznego programu jako służącego większości społeczeństwa, dalecy od urządzania ideologicznych egzaminów dla potencjalnych wyborców lewicy? Mamy cztery lata, by się o tym przekonać.

MICHAŁ SYSKA

@M_Syska

http://www.syska.pl

Zwykły wpis

Komitety wyborcze pokazały spoty telewizyjne. Co nam mówią?

Ostatnie dwa tygodnie kampanii wyborczej to czas ofensywy komitetów na wszystkich frontach. Także tym filmowym. Zwłaszcza, że w TVP ruszyły bloki bezpłatnych ogłoszeń wyborczych.

Spójrzmy zatem na niektóre efekty pracy sztabów. Nie będziemy oceniać kwestii szczegółowych i technicznych. Skupimy się na politycznym komunikacie poszczególnych filmików

Zacznijmy od spotu Koalicji Obywatelskiej, który zdążył już wzbudzić kontrowersje i wywołać falę komentarzy.:

 

Spot wyraźnie adresowany jest do tzw. ekonomicznych wyborców PiS, którzy w wyborach 2015 i 2018 r. udzielili poparcia partii Jarosława Kaczyńskiego, bo widzieli w niej gwaranta poprawy materialnych warunków życia swoich rodzin. Według badań firmy Kantar przeprowadzonych dla „Gazety Wyborczej” to najliczniejsza grupa wyborców w elektoracie PiS.

Zamysł tego spotu jest bardzo dobry. W kampaniach wyborczych powinno uderzać się przeciwnika w jego najmocniejsze strony. Próba podważenia wizerunku PiS jako gwaranta dobrego życia dla mało i średnio zarabiających Polek i Polaków wydaje się ze wszech miar słuszna. Wydaje się też jednak trochę spóźniona. Na przepływ wyborców pomiędzy PiS a PO może być już za późno. Efektem spotu mogłoby być zdemobilizowanie części tzw. ekonomicznych wyborców partii Kaczyńskiego, którzy pod jego wpływem zostaliby w domach (tego PiS bardzo się obawia, o czym za chwilę). Jednak dyskredytacja tego filmu przez prorządową TVP może znacząco ograniczyć zasięg i skuteczność tego komunikatu wśród wyborców PiS.

Spot KW Sojusz Lewicy Demokratycznej pokazuje, że według sztabowców lewicy rezerwuar głosów na tę formację znajduje się wśród liberalnych kulturowo wyborców KO:

Twórcy filmu nie postawili na silne emocje i wyraźne zaznaczenie odrębności swej formacji od dwóch głównych ugrupowań. Wyszli z założenia, że w tej kampanii lewica konkuruje z KO o wielkomiejski i liberalny kulturowo elektorat. W filmie widzimy zatem postaci, które w taki profil wyborcy się wpisują. Mamy też odwołania do sympatyków KOD (pierwszy fragment spotu poświęcony konstytucji), kwestii ekologicznych, równości płci, rozdziału Kościoła od państwa. Ze spraw wprost „socjalnych” pojawiają się leki i kolejki do lekarzy. Całość kończy hasło: „Polska może być naprawdę fajna”, które pasuje do strategii celowania w inteligencko -miejski elektorat i przywołuje wspomnienie o kampaniach Unii Demokratycznej czy Unii Wolności. Co ciekawe, w spocie zabrakło odwołań do tradycyjnego elektoratu SLD, który łączy antypisowską emocję z stosunkiem do przeszłości sprzed 1989 roku.

Jak już wspomnieliśmy, głównym zmartwieniem Prawa i Sprawiedliwości jest możliwa demobilizacja wyborców w dniu głosowania. Możliwość, że część elektoratu rozleniwiona dobrymi sondażami zostanie 13 października w domach, potwierdzają badania.  Dlatego partia Jarosława Kaczyńskiego zareagowała takim spotem:

Nowa produkcja PiS, w której wystąpił sympatyzujący z tą partią aktor Janusz Rewiński, już spotkała się w mediach społecznościowych z krytycznymi komentarzami ze strony politycznych konkurentów:

Michał Syska

Zwykły wpis

Lekcje z ataku na Gretę Thunberg, czyli jak mówić o polityce klimatycznej

Wystąpienie 16 – letniej aktywistki na forum ONZ wywołało falę komentarzy w naszym kraju. Szczególnie emocjonalnie zareagowała strona prawicowa, która nie przebierała w słowach w atakach na Gretę Thunberg.

Reakcje, które połączyły w jednym froncie sympatyków PiS, skrajnej prawicy i Leszka Balcerowicza (walka ze zmianami klimatycznymi wymaga ingerencji w rynek), warto przeanalizować w szerszym, międzynarodowym kontekście. Stanowią bowiem one znakomitą ilustrację do tezy, iż kwestia polityki klimatycznej wpisuje się w silny w świecie Zachodu podział socjopolityczny „populizm vs liberalizm”, który osłabia tradycyjne partie (socjaldemokratyczne i chadeckie).

W OBRONIE NARODOWYCH GOSPODAREK I „ZWYKŁYCH LUDZI”

Analizy przeprowadzone przez berliński think tank Adelphi pokazują, że w poprzedniej kadencji Parlamentu Europejskiego większość deputowanych ugrupowań prawicowo – populistycznych głosowała przeciwko regulacjom dotyczącym polityki klimatycznej. Część z reprezentowanych przez nich partii wprost kontestuje wiedzę naukową na temat globalnego ocieplenia (niemiecka AfD, brytyjski UKIP), większość zaś pozostaje sceptyczna wobec ambitnym planom ratowania planety wskazując na kwestie ekonomiczne i społeczne. Proekologiczne regulacje mają według prawicowych populistów uderzyć w narodowe gospodarki obniżając ich potencjał konkurencyjny. Koszty reform mają też ponieść obywatele poszczególnych krajów, którzy zostaną skazani na wyższe rachunki za energię. Co ciekawe, radykalna prawica używa przeciw odnawialnym źródłom energii argumentów środowiskowych, twierdząc, że wiatraki i panele solarne niszczą naturalny krajobraz.

W sprawach polityki klimatycznej prawicowi populiści kreują swój wizerunek jako obrońców krajowych interesów gospodarczych, interesów „zwykłych ludzi” oraz narodowej suwerenności.

SPISEK ELIT

Eksperci z think tanku Adelphi zauważają:

Analiza wypowiedzi prawicowych partii populistycznych i ich przywódców wskazuje, że zmiana klimatu jest szeroko postrzegana jako koncepcja liberalno-elitarna. Wiele partii odrzucało działania UE w dziedzinie klimatu, odnosząc się do UE jako ponadnarodowej instytucji, która rządzi i eksploatuje państwa członkowskie, i przedstawiając ją jako samolubnego wroga, który narzuca szkodliwe przepisy i narusza suwerenność ludzi. Używają argumentów przeciwko polityce klimatycznej tworząc typowo populistyczną narrację podziału („my przeciwko innym”). W tym sensie temat zmiany klimatu służy wyrażeniu nieufności wobec instytucji międzynarodowych.

Podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy w 2017 roku dokładnie takiej retoryki użył prezydent Andrzej Duda, który stwierdził, że Unia Europejska narzuca Polakom zakup energooszczędnych żarówek. W tym krótkim passusie zawarta była cała esencja prawicowo – populistycznej narracji klimatycznej: międzynarodowe instytucje, które narzucają państwom i ich mieszkańcom drogie rozwiązania.

Mniej eksponowani i/lub bardziej radykalni przedstawiciele prawicy antyelitarny przekaz zawierają też rozmaitych teoriach spiskowych, co w kontekście Grety Thunberg przejawiało się stawianiem pytania „kto za nią stoi?”.

Sednem przekazu populistycznej prawicy jest komunikat, że polityka walki z globalnym ociepleniem to spisek elit, który służyć ma interesom owych elit kosztem jakości życia zwykłych ludzi.

KOSMOPOLITYCZNE ELITY VS PRZEGRANI GLOBALIZACJI

Kwestia zmian klimatycznych może być więc czynnikiem wzmacniającym socjopolityczny podział w krajach Zachodu, w którym z jednej strony mamy dobrze wykształconych, kosmopolitycznych „modernizatorów” z metropolii, a z drugiej poszkodowanych przez globalizację zwolenników większej protekcji ze strony państwa. Podział ten ma swoje odzwierciedlenie w sukcesach wyborczych populistycznej prawicy, która w ostatnich dwóch dekadach skutecznie łowi wyborców wśród mniej osób zamożnych, oraz rosnącym poparciu dla zielonych partii w kilku krajach. Podział ten osłabia za to tradycyjne ugrupowania, zwłaszcza socjaldemokratyczne, których zwolennicy z klasy pracującej (blue collar workers) odpływają do prawicowych populistów, a wielkomiejska, młoda klasa średnia do Zielonych.

Zapobiec tej polaryzacji i skutecznie zdobyć poparcie dla polityki na rzecz klimatu można jedynie poprzez odpowiednio skonstruowany komunikat polityczny.

POSTĘPOWA NARRACJA

Taki komunikat powinien rozładowywać lęki zwykłych ludzi i dawać im nadzieję nie tylko na uratowanie planety, ale również dobrą jakość życia.

W takiej narracji trzeba podkreślać, że istotą polityki klimatycznej jest sprawiedliwa transformacja energetyczna: łącząca zmiany technologiczne i gospodarcze z zasadą inkluzji i sprawiedliwości społecznej.

W tej opowieści negatywnymi bohaterami powinny być biznesowe lobby, które blokują konieczne reformy, a nie pracownicy (np. górnicy) energochłonnych i trujących sektorów gospodarki.

W skrócie: odpowiedzialna partia nie mówi „zamkniemy kopalnie”. Odpowiedzialna partia mówi „stworzymy dobrze płatne i bezpieczne miejsca pracy w nowych, zielonych gałęziach gospodarki”.

Michał Syska

 

 

 

Zwykły wpis

Wizerunkowe wyzwania związków zawodowych w Polsce

Andrzej Radzikowski został wybrany kilka dni temu na stanowisko przewodniczącego Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych – jednej z trzech central związkowych w naszym kraju. Oprócz OPZZ są to również: NSZZ Solidarność oraz Forum Związków Zawodowych.

Organizacje pracownicze od lat zmagają się z problemem niskiego poziomu uzwiązkowienia. Według danych CBOS z 2017 r. „członkostwo w związkach zawodowych deklaruje zaledwie co dwudziesty Polak (5%), czyli mniej więcej co dziesiąty pracownik najemny (11%)”. Ta nieliczna baza członkowska starzeje się: „przynależność związkową częściej deklarują pracownicy starsi niż młodsi – średnia wieku związkowców to 43 lata, a pracowników niezrzeszonych – 40 lat”. Mimo rozwoju sektora prywatnego po roku 1989 częściej niż przeciętnie związkowcami są osoby pracujące w instytucjach publicznych i przedsiębiorstwach państwowych. Szczególnie niski poziom uzwiązkowienia obserwowany jest w usługach: „przynależność związkową częściej deklarują zatrudnieni w zakładach liczących ponad 50 pracowników niż w mniejszych firmach lub instytucjach”.

Oceny na temat działalności związków zawodowych są w naszym społeczeństwie podzielone, ale aż 45% badanych nie ma zdania na ten temat. 38% respondentów nie potrafi ocenić wpływu organizacji pracowniczych na politykę. To zła wiadomość dla związków, bo oznacza, że ludzie mało wiedzą o ich funkcjonowaniu.

Spośród trzech wspomnianych central najbardziej znana jest Solidarność, co jest zrozumiałe choćby z przyczyn historycznych. Z badań CBOS wynika, że najmniej rozpoznawalne są OPZZ i FZZ. Odpowiednio 60% i 68% respondentów nie miało zdania na temat funkcjonowania tych dwóch central (w przypadku Solidarności 47%).

Wydaje się więc, że przed OPZZ (i FZZ) stoi wielkie wyzwanie w obszarze komunikacji i promocji.

Po pierwsze, konieczne są komunikaty edukacyjne, informujące o korzyściach płynących z przynależności do związku.

Po drugie, konieczne jest zbudowanie wizerunku związków jako instytucji dynamicznych, nowoczesnych, otwartych i – przede wszystkim – skutecznych.

Po trzecie, konieczne jest umiejętne kształtowanie debaty publicznej i prezentowanie postulatów związkowych. Dziś w tej przestrzeni (głównie medialnej) ton nadają przedstawiciele organizacji biznesowych. Związkom potrzebne jest nie tylko zaplecze eksperckie, które jest w stanie przygotować analizy i argumenty, ale również w sposób atrakcyjny zaprezentować je w mediach.

Po czwarte, konieczna jest profesjonalna obsługa komunikacyjna związków ze względu na rosnącą rolą mediów internetowych (w tym przede wszystkich mediów społecznościowych). Wymagają one nie tylko fachowości przy planowaniu i kreowaniu tzw. kontentu (tekstowego, fotograficznego, filmowego), ale przede wszystkim stałego monitoringu i szybkiego reagowania itd. Wiosenny strajk nauczycieli i zmasowana kontrreakcja prorządowych mediów pokazały skalę wyzwania. Rządowy przekaz upowszechniany w mediach był później multiplikowany w mediach społecznościowych.

Miejmy nadzieję, że nowy szef OPZZ (oraz inne liderki i liderzy związkowi) mają świadomość tych wyzwań.

Michał Syska

 

 

Zwykły wpis

Motywacje polskich wyborców. Jakie wnioski dla partii?

„W przyszły wtorek pójdziecie wszyscy do wyborów, będzie stali w lokalach wyborczych i podejmiecie decyzję. Myślę, że gdy będziecie podejmować tę decyzję, dobrze będzie, jeśli zastanowicie się, czy powodzi wam się lepiej, niż powodziło wam się cztery lata temu?” – mówił w debacie prezydenckiej w 1980 r. Ronald Reagan. Kandydat Republikanów liczył, że wyborcy ukarzą urzędującego prezydenta – J. Cartera.

W polskich wyborach parlamentarnych roku 2019 Jarosław Kaczyński liczy na to, że wyborcy nagrodzą rządzący od czterech lat PiS. Zwłaszcza ci o niższych i średnich dochodach.

Logika nagrody i kary to podstawowa zasada głosowania ekonomicznego. Wydaje się, że decyzja „ekonomicznych” wyborców PiS [patrz: załączona ilustracja] będzie mieć wymiar zarówno retrospektywny, jak i prospektywny: będzie opierać się na ocenie minionej kadencji, jak i przekonaniu, że tylko PiS jest gwarancją kontynuacji polityki społeczno-gospodarczej.

Opozycji otuchy musi dodać informacja, że „twardy elektorat” nie stanowi większości w ogóle wyborców PiS. Uprawniona wydaje się być teza, że załamanie koniunktury gospodarczej może spowodować odpływ zwolenników PiS. Na pewno nie wydarzy się to w ciągu najbliższych 3 tygodni. I trudno dziś powiedzieć, gdzie te głosy powędrują w przyszłości (choć intuicja podpowiada, że wyborczymi beneficjentami byłaby skrajna prawica i/lub lewica).

Badania Kantar dla „Gazety Wyborczej” pokazują tożsamościowy problem PO, która jawi się dziś głównie jako antyPiS. W sytuacji, gdy antyPiSowska emocja nie jest tak powszechna i silna w społeczeństwie, jak było to w 2007 r., partia Grzegorza Schetyny ma kłopot z wyraźnym komunikatem politycznym, który nabijałby sondażowe słupki.

Beneficjentem takiej sytuacji jest /może być/ lewica, do której może przejść (wrócić) z PO grupa wyborców liberalnych kulturowo. Biorąc pod uwagę strukturę elektoratu partii współtworzących Komitet Wyborczy Sojuszu Lewicy Demokratycznej, w której dominują osoby wykształcone o dobrej sytuacji materialnej, można domniemywać, że za zadeklarowanymi w omawianym sondażu wartościami kryją się przede wszystkim wolności osobiste (m.in. prawa kobiet, prawa osób lgbt) oraz postulaty związane z rozdziałem państwa od Kościoła. Osoby deklarujące, że w lewicy widzą szansę na poprawę sytuacji materialnej swojej i swojej rodziny, stanowią najmniejszą grupę w elektoracie. I jest to kluczowy problem dla lewicy (która chciałaby być lewicą w pełnym znaczeniu tego pojęcia) w naszym kraju. Socjopolityczny podział „populizm – liberalizm” wciąż trzyma się mocno.

Michał Syska

Zwykły wpis

Symboliczne gesty są ważne w komunikacji politycznej

Symbole w polityce mają ogromne znaczenie. Gesty, które na pierwszy rzut oka mają niewiele wspólnego z realną polityką i nie przekładają się bezpośrednio na sytuację wyborców, pomagają mobilizować elektorat. Oczywiście, pod warunkiem, że są przemyślane, są zgodne z politycznym profilem danej formacji i jej strategią. Gesty nieprzemyślane mogą wywołać częstokroć większy gniew głosujących niż konkretne decyzje polityczne.

Od symbolicznych gestów rozpoczęła swoje rządy w Grecji lewicowa SYRIZA.

Alexis Tsipras, lider partii i nowy premier, podczas uroczystości zaprzysiężenia po raz pierwszy w historii kraju złożył przysięgę wobec konstytucji, a nie wobec Biblii. Gest ten symbolizować programowy zwrot w greckiej polityce polegający na zmniejszeniu politycznej roli kościoła.

Od razu po tej uroczystości Tsipras oddał hołd greckim partyzantom – komunistom, którzy polegli w walce z nazistami podczas II wojny światowej. W ten sposób lider SYRIZY nawiązał do silnej w Grecji tradycji antyfaszyzmu, która ściśle się wiąże z dziedzictwem tamtejszej lewicy. Ten gest ma także aktualny wymiar. Po pierwsze, trzeci wynik w wyborach parlamentarnych w Helladzie uzyskał neonazistowski Złoty Świt. Po drugie, politycy SYRIZY wielokrotnie podkreślali, że kontynuacja neoliberalnej polityki cięć w Europie otwiera skrajnej prawicy drzwi do przedpokojów władzy.

Pierwszą decyzją lewicowego gabinetu było usunięcie barierek odgradzających budynek parlamentu od demonstrujących przed nim ludzi. W ten sposób SYRIZA manifestuje demokratyczny mandat nowej izby ustawodawczej, która ma być wyrazicielem woli ludu, a nie osławionej trojki.

Kolejną symboliczną decyzją było przywrócenie do pracy sprzątaczek i sprzątaczy zwolnionych z ministerstwa finansów. Od dziewięciu miesięcy grupa ta protestowała przed gmachem urzędu. Jej ponowne zatrudnienie to symboliczny koniec polityki cięć (austerity).

Oczywiście, nawet najlepsza polityka symboliczna nie zastąpi polityki realnej. Ale bez tej pierwszej ta druga ma małe szanse na zbudowanie emocjonalnej więzi z wyborcami.

Zwykły wpis

25 lat temu zmarł człowiek, który zmienił SPD w „catch all party”

Pod koniec lat 50. XX wieku grupa działaczy Socjaldemokratycznej Partii Niemiec postanowiła dokonać organizacyjnej i programowej reformy swej formacji. SPD z partii klasowej miała stać się ugrupowaniem z apelem  skierowanym do całego społeczeństwa, zdolnym do wygrania wyborów i sprawowania władzy.

Ta ewolucja o historycznym znaczeniu w kierunku  partii typu catch all była możliwa dzięki determinacji Herberta Wehnera, który zmarł 25 lat temu.

wehner_1976-data

W 1959 roku SPD na zjeździe w Bad Godesberg przyjęła słynny program, który manifestował polityczny zwrot do politycznego centrum. Rok wcześniej dokonano zmian organizacyjnych przesuwając decyzyjny środek ciężkości w kierunku frakcji parlamentarnej.

godesberg_adsd_542-data

Na czele strategicznego zwrotu stał triumwirat: Willy Brandt, Fritz Erler, Herbert Wehner. Pierwszy z nich był medialną twarzą odnowionej partii. Drugi był przewodniczącym frakcji parlamentarnej. Głównym architektem zmian był ten trzeci.

fbr-wehner-Brandt-erler-DW-Politik-Bad-Godesberg

(…) to Herbert Wehner uchodził za właściwego, faktycznego szefa niemieckich socjaldemokratów – i to już od 1958 roku. Skrajnie autorytarnymi metodami, które zdradzały jego socjalizację i edukację stalinowskiego kadrowca KPD, z pomoc około dwóch tuzinów  bezwarunkowo oddanych mu sekretarzy partyjnych, Wehner zdusił wszellki poważniejszy opór wobec nowej drogi politycznej SPD. (…) Na zjazdach partii nielicznych krytyków, jacy się jeszcze ostali, osobiście zakrzykiwał sam Wehner. (…) Partia bała się go i jego niesłychanej ordynarności, ale zarazem go podziwiali. (…) W socjaldemokratycznej historii chyba nigdy nie zdarzył się człowiek, który pchałby swoją partię tak brutalnie i tak bezwzględnie ku władzy jak Wehner. Przy tym występował jak agitator na ulicznej barykadzie, jak trybun proletariackiej rewolucji. Ten habitus bojownika klasowego porywał związkowców i socjalistycznych tradycjonalistów, choć przecież Wehner wypychał SPD z mysiej dziury lewicowej partii środowiskowej w stronę CDUw bońskiej koalicji.”  – pisze prof. Franz Walter w książce „SPD. Z historii niemieckiej socjaldemokracji”.

Ze względu  na swoją komunistyczną przeszłość oraz image brutalnego polemisty Wehner nie mógł być formalnym przywódcą partii. Nie przeszkodziło mu to jednak w realizacji swojej  politycznej koncepcji.

Zwykły wpis

Lot dla demokracji

Grecy rozsiani po całym świecie nie będą mieli możliwości oddania głosu w wyznaczonych na 25 stycznia br. wyborach parlamentarnych. Nie ma bowiem możliwości zagłosowania w greckich ambasadach. W dniu elekcji trzeba być w kraju, by mieć wpływ na polityczną zmianę.

Emigranci – sympatycy lewicowej SYRIZY zainicjowali więc w sieci zbiórkę pieniędzy na bilety lotnicze do Aten, by za niespełna tydzień mieć możliwość realnego poparcia partii Alexisa Tsiprasa. „Jesteśmy studentami i nisko opłacanymi pracownikami” – przedstawiają się inicjatorzy kampanii „Flight for democracy”.      

tsipras

Zwykły wpis